niedziela, 27 listopada 2016

RECENZJA: Karma dla psa Markus Mühle ,,NaturNah Hundefutter''

Ostatnimi czasy postanowiłam wypróbować poleconą, niemiecką karmę Markus Muhle.
Internet nie jest jeszcze zasypany opiniami na jej temat, i choć byłam nastawiona bardzo pozytywnie, nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Jako szczęśliwa posiadaczka Labradora, nigdy nie muszę wcześniej zamawiać próbek czy mniejszych opakowań, bo biszkopt wsunie wszystko co tylko mu się napatoczy.

Zamówiłam dość niestandardową ilość karmy, bo 16,5 kg, a samego zamówienia dokonałam na stronie luposankarma.pl. Kontakt ze sklepem można uznać za dobry, samą przesyłkę również, mogę się przyczepić do nieporozumienia, w wyniku którego otrzymałam informację, iż sklep nie odnotował wpłaty na konto, szybko jednak problem się rozwiązał.

Przesyłka zawierała 15 i 1,5 kilogramową paczkę karmy, oraz drobny gratis - 2 próbki jakiegoś innego, hipoalergicznego i bezzbożowego pożywienia. Opakowanie Markus Muhle - ku mojemu zaskoczeniu, jest wykonane prawie całkowicie z papieru.
Ze względu na sporą wielkość granulek w testowanym przeze mnie wariancie Naturnah Hundefutter karma nadaje się tylko dla dużych oraz średnich psów. Pojedynczy krokiet kształtem przypomina dwa złączone ze sobą walce.

~ porównanie granulki do monety jednozłotowej
Producent zaznacza, iż karma jest tłoczona na zimno, zawiera m.in. owoce oraz zioła. Krótki termin przydatności wynoszący jedynie 6 miesięcy od otwarcia opakowania, świadczy o dobrej jakości produktu i niskiej ilości (bądź całkowitym braku) sztucznych konserwantów. Kawałeczki karmy pachną dość intensywnie (lecz nie uciążliwie) i są całkowicie suche - nie brudzą więc dłoni, ale za to na dnie opakowania czy pudełka w którym będziemy przechowywali karmę, nigdy nie brakuje okruchów. Skład karmy Markus Muhle jest bardzo dobry, można się jedynie przyczepić do zawartości mączki ryżowej oraz ziaren ryżu, ale węglowodany w takiej formie też są potrzebne, choć każdy z nas wolałby na ich miejscu widzieć jeszcze więcej mięsa.
Skład oferowany przez niemiecką markę wygląda następująco:
mięso drobiowe suszone i zmielone 28%, mączka ryżowa pełnoziarnista z otwartego ziarna, mączka z dzikich żwaczy 8%, ziarno ryżu, mączka z kości dziczyzny 5%, topinambur w formie mączki, mączka  rybna 5%, buraczany szpik suszony, olej lniany tłoczony na zimno, olej rzepakowy tłoczony na zimno, mączka z żółtka 2%, borowina suszona, proszek owocowy 2% (w skład którego wchodzą: porzeczka, ananas, papaja, banany, wiśnia, acerola, jabłka, gruszki, borówka czarna, mango, maliny), mieszanka z ziół suszona, olej z łososia, mączka z alg, yucca Schidiegra suszona i zmielona.
Pod względem składu jest to na razie najlepszy jaki miałam okazję zobaczyć na opakowaniu zakupionej przeze mnie suchej karmy. Wcześniej mieliśmy już jakże kontrowersyjny Royal Canin, a także Brit.

Markus Muhle świetnie wypada również cenowo, bo za opakowanie o wadze 16,5 kg zapłacimy ok. 130 zł. Genialne rozwiązanie dla ludzi ceniących sobie wysoką jakość, ale uważających zakup ponad dwukrotnie droższej karmy Orijen przy dużym psie - za cenową przesadę.
O Markus Muhle nie usłyszycie w mediach, ale przeważnie jest tak, że producenci zamiast inwestować w marketing wolą zainwestować w dobrą jakość swojego produktu, to właśnie sprawdza się i tym razem.

Jest to pierwsza karma, do której nie jest konieczne dorzucanie skorupek, dodatkowych ziół czy kefirów (choć czasem i tak to robię), ze względu na swoją kompletność. Ciężko jest mi powiedzieć, jak karmę odebrała Saba. Smakowo jak zawsze bez zarzutu, jeśli chodzi o wypadanie sierści - według mnie ona zawsze wypada w takiej samej ogromnej ilości mimo stosowania bogatej we wszystkie witaminy i minerały diety.
Na  plus
~ krótki termin przydatności (brak konserwantów)
~ dość bogaty skład
~ bardzo atrakcyjna cena względem oferowanej jakości
~ brykieciki karmy nie brudzą
~ lubiana przez psy (w tym wszystkożerną Królewnę Biszkoptów)

Na minus
~ karma jest krucha 
~ tylko jeden rozmiar krokietów w wariancie Naturnah Hundefutter

Podsumowując, polecam tą karmę każdemu z dużym bądź średnim psem. Jest bardzo dobra cenowo i jakościowo, bez problemu kupicie ją w internecie. Piszę tą recenzję z lekkim opóźnieniem, więc aktualnie muszę zamówić kolejny worek karmy - będzie to ta sama czy też inna, bo choć tę uwielbiamy - tak samo lubimy też eksperymentować i z pewnością nie jest to ostatnia recenzja karmy na tym blogu. 

Na dzień dzisiejszy, niemiecką karmę Markus Muhle Naturna Hundefutter uznajemy z wielu powodów za godną polecenia wszystkim psiarzom! :)
*post niesponsorowany

sobota, 15 października 2016

TEST: Zabawka Edukacyjna Activ Pet


Zabawki edukacyjne pobudzają ciekawość i rozwijają zdolności (jak twierdzi sam producent), a także stymulują, uczą logicznego myślenia, są zajęciem dla psa i treningiem dla jego mózgu. Na psim rynku istnieje wiele rodzajów takich zabawek, bo coraz częściej dbamy, by oprócz wysiłku fizycznego, pies miał możliwość zmęczyć się psychicznie i pomyśleć. Nieraz zabawa polega na otwieraniu specjalnych klapek, wysuwaniu szufladek, wyciąganiu pojemniczków - innym razem, chodzi o przesuwanie słupków, węszenie, szukanie. W tym przypadku mamy styczność z dość uproszczonym - jeśli nie najprostszym - modelem edukacyjnej zabawki, której mechanizm jest w stanie załapać nawet oporny pies. Zawsze interesował mnie zakup czegoś podobnego, ale wolałam nie inwestować w coś, co nie jest do końca sprawdzone, przypuszczając, że Sunia ''nie zrozumie'' o co chodzi, a przedmiot wyląduje w kącie. 
Tym razem jednak, przekonała mnie bardzo przyzwoita cena, która w stosunku do jakości jest wręcz wyborna ;)


Zabawka robi dobre wrażenie, jest bardzo dobrze skonstruowana i w przeciwieństwie do tego, czego można by się spodziewać - solidna. Została wykonana z płyty drewnopodobnej. Jest też ciężka (waży ok. 770 g), jednak wciąż nie jest to na tyle dużo, gdyż pies rozmiarów Saby potrafi swobodnie jeździć przedmiotem po podłodze. Słupki mają bardzo ładną kolorystykę (psy świetnie rozróżniają żółty jak i niebieski), a co ciekawe - nie da się ich wyjąć. Początkowo wyciągając zabawkę z opakowania myślałam, że wałki wysypią się, lecz są one ''zamontowane'' w drewnie na stałe, umożliwiając jedynie przesuwanie ich na boki i pod kątem. Przemieszczanie okrągłych elementów jest bardzo proste i płynne. Pod słupkami znajdują się w takiej samej odległości od siebie trzy okrągłe wgłębienia. Każde z nich ma głębokość jednego centymetra. Uważam, że jest to wystarczająco na ukrycie psich smaczków, czy kawałka mięsa.



Można jednorazowo uzupełnić każdą z dziur, lub też tylko jedną w celu przedłużenia i utrudnienia poszukiwań. Zabawka nie wymaga wielkiej filozofii - gdy pies zapamięta już położenie wgłębień, wystarczy, że rozsunie ''przeszkody'' nosem, wpychając go bezpośrednio pomiędzy wałki. W ten sposób szybko opróżni dziurki nawet w kilka sekund.



Gdy położyłam zabawkę na podłodze, Sunia była trochę zdezorientowana. Na początku szukała jedzenia w moich pachnących jeszcze rękach, potem obwąchiwała przedmiot, ale wróciła do rąk. Otworzyłam dłonie pokazując, że w nich nie ma czego szukać. Następnie zaczęła coś grzebać w słupkach (...''jest nadzieja''), po chwili już wcisnęła nos pomiędzy wałeczki i wyjadła kawałek mięsa. Coś jednak nadal pachniało, w związku z czym Suń stwierdził, że to na pewno te kolorowe cosie i zaczął gryźć słupki. Szybko okazało się, że słupki tak naprawdę nie są z boczku i Suń już czekał na kolejną partię. Zaraz na nowo uzupełniłam wgłębienia - Saba trochę węszyła (w końcu taka zabawka to wciąż nowość) ale po chwili zanurkowała nosem, wałki posłusznie się rozstąpiły i kolejna zdobycz była jej. Każda następna seria szła coraz lepiej i teraz Sunia potrzebuje zaledwie paru sekund na opróżnienie wgłębień. 


,,Ha! Wielce mi Enigma!'' - Pomyślał biszkoptowy pies, z politowaniem patrząc na podekscytowaną właścicielkę.

Podsumowując:
zalety:
~ solidnie zbudowana, porządna
~ dość ciężka
~ dobra kolorystyka 
~ wałki są przymocowane
~ niska cena (15 zł)
~ nieskomplikowana
~ łatwo dostępna
~ trening dla węchu i umysłu

wady:
~ przesuwa się po ziemi
~ zbyt ''oczywista'' dla wprawionych myślicieli

Tak jak napisałam, ta zabawka jest bardzo fajna, ale raczej dla amatorów. Jeśli mieliście już jakąś edukacyjną zabawkę, a Wasz pies nie miał z nią większych problemów, ta od Activ Pet może okazać się zbyt prosta do ''rozpracowania''. Dla nas jest idealna na początek, teraz wiem, że Sunia tylko wygląda na nieporadną owieczkę, lecz wszelakie edukacyjne wytwory nie są jej straszne! ;) Jeśli jesteście zainteresowani kupnem tejże zabawki, szukajcie jej na Półce Pupila w sklepie Biedronka.
Ja jestem zadowolona, a jeśli Wy wciąż wahacie się, czy kupić czy nie - zawsze warto zaryzykować, tym bardziej, że 15 zł to żaden majątek :) W najgorszym wypadku pozostanie Wam plucie w brodę, ale czego się nie robi dla pupila?

My polecamy!

Post nie jest sponsorowany

sobota, 1 października 2016

Pierwszy Spływ Kajakowy

 Nie było nas, ale jesteśmy

Pies na wodzie!
Jakiś czas temu, po powrocie z wakacji zamarzył się nam kolejny wyjazd. Rozważane były góry, polskie morze, czy kilkudniowy spływ kajakowy - oczywiście z psem. Wkrótce po odrzuceniu dwóch z tych propozycji, zdecydowaliśmy się na spływ kajakowy, ale tylko jednodniowy i niedaleko od domu. Była to idealna okazja, by przetestować Sabowe zachowanie względem kajaka, to, czy potrafi w nim dobrze usiedzieć i nadaje się na dłuższe wypady. W końcu parę lat temu, na własne oczy przyszło mi zobaczyć liczne psio-ludzkie ''zespoły'' kajakarskie, więc perspektywa spędzenia czasu w ten sam sposób, ale z własnym psem Łosiem, była czymś wspaniałym. Uspokajający był fakt, że rzeka którą mieliśmy płynąć była stosunkowo niedaleko od domu i w razie W zawsze można było do niego wrócić.
Wybraliśmy dwunastokilometrową trasę z Zawadzkiego do Kolonowskiego. Po spytaniu firmy zajmującej się organizacją spływów o to, czy można płynąć z większym psem, dostaliśmy odpowiedź, iż owszem, można, ale tylko jeśli pies nie zje kajaka. Od samego początku towarzyszyły mi złe przeczucia, ale uspokoiłam się po licznych zapewnieniach ze strony rodziny.


Dojechaliśmy na miejsce i zostaliśmy przewiezieni na początek trasy. Sunia radośnie skakała na podeście przy wodzie, ale niekoniecznie uśmiechało jej się wchodzenie do tego plastikowego czegoś. Trochę się opierała, ale wkrótce udało się ją umieścić w kajaku i wylądowała rozkraczona na mnie, w szoku nie zmieniając pozycji przez jakiś czas.
Leżała spokojnie, więc czułam się zadowolona, dopóki nie rozpoczęło się ''wiercenie''. Obracała się z boku na bok, dreptała po mnie wbijając pazury (i dzięki temu patrząc na swoje zaczerwienione nogi doszłam do wniosku, że chyba najwyższy czas te pazury przykrócić). Nie umiała znaleźć wygodnej pozycji i początkowo próbowała utrzymać się równo na środku kajaka, co w przypadku tego jakże niestabilnego obiektu było niemal niemożliwe. Dodatkowym utrudnieniem w czasie spływu było to, że Saba jako pies niezwykle kochający każdego kogo zobaczy, wciąż walczyła ze swoim niezdecydowaniem, co rusz wyrywając się do kajaka w którym płynęła reszta rodziny, a gdy tylko znikała ona za zakrętem znów wszystko było w porządku. Parę razy chciała wyskoczyć, 2 razy jej się to udało. Płycizna rzeki umożliwiała sprawne się w niej poruszanie, z czego Miły Łoś nie omieszkał skorzystać, hasając to tu, to tam, wciskając mordkę do każdego z mijanych kajaków. Może za mało jej ufałam, ale okoliczności zmuszały mnie do bezustannego kontrolowania Suni. W wielu momentach miałam już zdecydowanie dość wszystkiego, w innych było znów całkiem przyjemnie.


Trasie towarzyszyły piękne widoki. Najlepiej płynęło się, gdy Sunia złożyła się w kłębek i w przeuroczej pozycji drzemała wystawiając jedną łapę za burtę i mocząc ją w wodzie. Przy takim widoku ciężko jest przepłynąć obojętnie, przez co niemal każdy zaczepiał nas, stwierdzając fakt, że to labrador lub rozczulając się nad jego wyglądem. Wraz z Sabą, przemoczone i zmęczone, wreszcie dotarłyśmy na koniec trasy. Było to dla nas obu ciekawe doświadczenie, choć namęczyłam się i to nie mało na nieustannym jej kontrolowaniu, ale przecież nie było źle, lecz wolałabym na razie tego nie powtarzać ;) Zatrzymaliśmy się w nadrzecznej restauracji i po napełnieniu żołądków wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy w kierunku domu pełni wrażeń. Cel wyprawy został zrealizowany, bo teraz dokładnie wiem, jak Saba reaguje na kajak i jak się w nim zachowuje. Nie żałuję tego wyjazdu, bo lepiej jest dowiedzieć się tych reakcji na krótkim wypadzie, niż kilkudniowym, ale wiem, że mimo wszystko podobny wyjazd jeszcze się powtórzy. Następnym razem planujemy już płynąć w komplecie, a łódź = więcej miejsca i cała rodzinka razem, co pozwala Sabie odetchnąć psychicznie i przestać przeskakiwać od jednego kajaka do drugiego, walcząc ze sobą, do kogo by tu teraz nie podbiec ;)


Na koniec
Przyznaję ze wstydem, że pobiłam własny rekord w niepisaniu postów. Notki nie przychodzą u mnie na zawołanie, więc albo piszę coś, o czym chcę napisać, albo sobie odpuszczam ;) Podczas naszej blogowej nieobecności, wcale się nie obijaliśmy! Proces odchudzania został zakończony, pies ważny znów swoje wspaniałe 30 kg i nabrał formy dzięki częstemu ruchowi - z okolicznym lasem i jeziorem jesteśmy za pan brat :) Wkrótce może pojawić się recenzja (choć ze mną nic nigdy nie jest pewne) lub standardowa notka.
Pozdrawiamy!



piątek, 5 sierpnia 2016

Życie psa w Albanii


Niedawno wróciłam z podróży po Bałkanach, podczas której oprócz zabytków i pięknych widoków, zwracałam uwagę na pałętające się po okolicznych wsiach i miasteczkach czworonogi. Na początku parę słów o samej Albanii;
Kraj ten sam w sobie jest dość "zacofany", a postęp cywilizacyjny stosunkowo opóźniony. Pomijając specyfikę miejsca jaką są przywiązywane do drzewek oliwkowych osiołki, rosnące tu i ówdzie winnice, plantacje arbuzów, granaty, brzoskwinie lub kiwi, czy też niemiłosierne upały, kraj ten można porównać do Polski w okolicach 40-60 lat temu. Tak, aż tak dawno. Jedynym mądrym a zarazem prawdziwym wytłumaczeniem jest dyktator -  Enver Hodża, panujący w kraju aż do lat osiemdziesiątych. Przy granicach państwa pozostały jeszcze niezliczone ilości bunkrów budowanych właśnie na jego rozkaz. Krowa przechadzająca się między ludźmi na plaży? Normalność. Stado owiec - ot, tak - na miejskim skwerze? Również normalność. Pies na krótkim łańcuchu? Dzień jak co dzień. No właśnie - jak tamtejsza kultura ma się do psów?


Oczywistym jest fakt, że sposoby traktowania albańskiego psa, od tego na zachodzie, mocno od siebie odbiegają. Skoro wspomniałam już o tym, że Albania jest krajem porównywalnym do Polski wracając się w czasie średnio 50 lat, to, jak traktuje się zwierzęta ze szczególnym uwzględnieniem psów, także nie różni się zbytnio od tego, jak to niegdyś u nas bywało. W ekstremalnych wypadkach bywa tak do dziś w niektórych raczej nie często odwiedzanych Polskich wsiach. Objeździłam całą Albanię, z samej północy aż na jej południe, a podczas obserwacji otoczenia udało mi się wypatrzeć zaledwie kilka osób, normalnie spacerujących z psami na smyczy (mowa tu także o "wielkich" miastach).

~ piasek chłodzi, a poza tym - świetnie kamufluje ;)

Wszędzie można natrafić na watahy dziko żyjących czworonogów, które są dosłownie wszędzie, przez co nie brakuje także ich potrąceń. Głównie zauważyłam, że psy żerują przy śmietnikach. Panuje zasada - albo sobie coś wygrzebiesz, albo upolujesz, albo jakiś łaskawy turysta rzuci kąsek swojego posiłku. W większych miejscowościach zastępstwo mikrochipa stanowią "plakietki" którymi przebijane są uszy, podobne to tych noszonych przez bydło. Jest to sposób na znakowanie czworonogów, ale nigdy nie przyjrzałam się im z bliska. Nie wiem, czy stanowią informację o właścicielu  (jeśli takowy w ogóle istnieje) czy też widnieje na niej miasto z którego dany pies pochodzi.

~ ten pies obgryza kość wyciągniętą ze śmietnika

Spacerując spotkałam jedynie dwa negatywnie nastawione do człowieka czworonogi - duża część tamtejszych zwierząt jest przyjazna lub obojętna, choć większość z nich na widok ludzi kuli się i ucieka. Z pewnością ma to związek z jakimiś bardzo negatywnymi zdarzeniami z przeszłości z udziałem człowieka w roli głównej.
Albańskie czworonogi dzielą się na bezpańskie psy ulicy i na wciąż jakby po części bezpańskie psy na łańcuchu. W tym kraju TOZ miałby pełne ręce roboty. Jeśli w ogóle jest buda - to już coś. Większość zwierząt więzi się po prostu na łańcuchach. 
Byłam świadkiem sytuacji, w której niewielki, młody pies był przywiązany do około 2 metrowego sznura, który został zawieszony tak wysoko, że dawał zwierzęciu obszar do poruszania się około 40 cm2.
~ psiak chłodził się w cieniu ciężarówki, dopóki nie przyszło natrętne paparazzi

Inny - młody Husky - był przetrzymywany w kojcu bez budy, nad samym jeziorem. Nawet więcej niż nad jeziorem, bo kojec nie posiadał posadzki i pies był zmuszony do bezustannego stania w wodzie.

Widziałam, jak ok. 9 letni chłopiec bez zawahania cisnął kamieniem w karmiącą suczkę wyjadającą resztki ze śmietnika. Ta, w popłochu uciekła na ulicę tak nagle, że samochód zatrzymał się z piskiem opon, a samą suczkę od śmierci pod kołami dzieliły zaledwie centymetry.

~ ten pies spał na kamieniach na pewnej malutkiej wysepce będącej popularnym szlakiem turystycznym


Pomijając fakt, że Albania należy do biedniejszych krajów, w którym turystyka nie zdążyła się jeszcze rozwinąć, posiada ona swoją jeszcze biedniejszą część społeczeństwa.
Z pewnością nie odniosłam wrażenia, że tamtejszy pies ma cokolwiek wspólnego z ''przyjacielem'' człowieka. Jestem przekonana, że tak jak wszędzie są wyjątki, ale pragnę zaznaczyć, że osobiście nie udało mi się czegoś takiego zauważyć. Byłam już całkowicie przekonana, że w tym kraju nie istnieje zawód taki jak weterynarz, zważywszy na to, że nawet w aptekach brakuje leków, a przychodnie dentystyczne wyglądają jak średniowieczne sale tortur. Tym bardziej szokiem był dla mnie widok nowego, ładnie prezentującego się budynku ufundowanego przez Royal Canin, z napisem ,,Vet Clinic''. Miało to miejsce w samej albańskiej stolicy - Tiranie. Widać zachodnie firmy interweniują przelewając fundusze i starając się zapewnić zwierzętom lepszy byt. Coś się dzieje. Z pewnością za kilkanaście lat turystyka w Albanii będzie już znacznie mocniej rozwinięta, niestety na niekorzyść dla nas, bo dzikość tego kraju przepadnie bezpowrotnie, lecz może wraz z nią, zmieni się pojęcie o psach i sposób ich traktowania? Psy nauczyły się już niezależności i samodzielności, zresztą życie nie pozostawiło im wyboru. Na ten moment sytuacja nie prezentuje się za ciekawie - wiele zwierząt (z wyjątkami) jest kulawych, wychudzonych, innym brakuje sierści, niektóre wyglądają na zaatakowane przez świerzb, ale wszystkie mają jedno zadanie - przetrwać upał i dożyć jutra...

~ ten uśmiech, to tylko do zdjęcia. Potem chciałem dźabnąć pańcię, bo przy mnie kucnęła


sobota, 2 lipca 2016

Domowe LODY DLA PSA

... czyli CHŁODNA PERSPEKTYWA NA LATO

Takie upały są dla psa zarówno niebezpieczne jak i nieprzyjemne.
Nie zawsze ma on dostęp do wody, a mokre ręczniki - choć skuteczne - mogą nie wystarczać. Co zrobić, by te wysokie temperatury stały się przynajmniej odrobinę bardziej znośne?
Przychodzimy do was z... lodami dla psa!
I nie mam tu na myśli tych popularnych, kupnych lodów dla psów, a wykonane własnoręcznie, pyszne, domowe, zdrowe i przede wszystkim - chłodzące, psie lody.
Ten pomysł widziałam wielokrotnie w internecie, natknęłam się na coś takiego zupełnie przypadkiem i postanowiłam przyrządzić samodzielnie w domu.
Podczas jednego ze spacerów z Sunią, nazbierałam trochę leśnych owoców - idealny składnik na lody.

Do tej zimnej przekąski możesz wrzucić wiele (bezpiecznych dla psa) rzeczy - można zrobić różne smaki, na różne pomysłowe sposoby.
Jeśli jednak chcesz odwzorować te nasze i skorzystać z gotowego przepisu, to będą ci potrzebne:

~ jagody
~ poziomki
~ surowy schab
~ truskawki
~ parę listków mięty pieprzowej i pietruszki




Zaczynamy od pokrojenia kawałka schabu na średniej wielkości kosteczki


Do stworzenia dobrych lodów wcale nie potrzeba specjalnych silikonowych opakowań - choć jest to ułatwienie. Wystarczy włożyć składniki do zwykłych pojemników np. po jogurcie. W moim przypadku są to trzy jednakowe formy po serku mascarpone.


Na górę kładziemy jagody wraz z poziomkami i kolejną porcję mięsa.
Wkładamy mniej więcej tą samą ilość jedzenia w miseczki.


Następnie dodałam jeszcze małą ilość przekrojonej truskawki, odrobinę mięty i pietruszki. Składniki dobrze jest porozsuwać po bokach.

Zostało nam już tylko dodanie wody. Najlepsza będzie mineralna niegazowana. Ja takiej właśnie użyłam, jednak zamiast niej, nawet lepszym rarytasem dla czworonoga, okaże się pozbawiony przypraw bulion gotowany na warzywach i mięsie.
Woda powinna zakryć wszystkie składniki, by całość dobrze się zmroziła i ostatecznie była zatopiona w lodzie.


Tak przygotowane pojemniki wstawiamy na noc do zamrażarki, by wszystko zdążyło dobrze się zamrozić.


Następnego dnia pozostaje już tylko wyciągnięcie lodów z zamrażarki :)
Dobrze jest polać je wodą, by przypadkiem psi język nie przywarł do lodu.


Radzę odczekać, by lód łatwo się wyciągało. Można zostawić go na dworze, polać wodą, albo podważyć nożem i wyciągnąć.


Tak wyglądające lody podajemy psu.
Pozostaje mi życzyć waszym psiakom smacznego :)




Jak schłodzić psa latem?
~ okład z ręczników
~ maty chłodzące
~ kamizelki chłodzące
~ dużo zimnej wody
~ przebywanie w cieniu
~ jak najczęstsze wypady nad zbiorniki wodne
~ domowe lody

niedziela, 26 czerwca 2016

ROCZNICA - jak to się zaczęło...

Niesamowite jak szybko to zleciało. Dziś świętujemy pierwszą rocznicę pobytu u mnie Suni.
Przez wiele lat marzyłam o psie. Moi rodzice wierzyli, że pewnie szybko zapomnę, bo jako dziecko miewałam liczne zachcianki. Do bodajże szóstego roku życia w moim domu nigdy nie było zwierząt. Do czasu, bo potem pojawiły się one jakby z nawiązką. Przez mój dom przewinęło się wiele stworzeń: złota rybka, rybka II Arbuz, patyczak Zippy, chomik Bąbelek, szczur Kamyczek, kot Rozalia, kot Głuptaś, królik Loluś, królik Loluś II, nazwany tak samo w rozpaczy za Lolusiem I.


 Jak to mała dziewczynka - interesowałam się psami. Na początku radość i fascynacja na widok tego czworonoga, potem chęć opieki nad nim. Wkrótce oprócz zwykłego ''zapatrzenia'' się w te zwierzęta, zaczęłam się nimi bardziej interesować. Potrafiłam przesiedzieć pół dnia spoglądając szeroko otwartymi oczami na ekran telewizora, na którym to nieustannie leciało tylko Animal Planet. Każdy program pokroju Weterynarz z Antypodów, Wszystko o Psach, Policja dla Zwierząt, czy Weterynarze: Ostry Dyżur - był mój. Kochałam to oglądać, do dziś mam nagrane niektóre z odcinków. 

Zaczęłam wkrótce czytać i książki. Od tamtej pory, zawsze gdy znalazłam się w większym sklepie czy galerii kierowałam się bezpośrednio do zoologicznego, a potem obowiązkowo do księgarni matras lub empiku. Tam wertowałam książki, podręczniki, poradniki odnoście psów, ich wychowania. Wkrótce zgromadziłam niemałą kolekcję. Od znajomych, rodziców także dostałam parę ciekawych książek, jak; Zapomniany Język Psów czy Oczami Psa. Wiedziałam coraz więcej, przez co nierzadko lubiłam się zwyczajnie ''przemądrzać'', czy wypowiadać na różne tematy mając spojrzenie z odmiennych źródeł.



Ale nie, nie pozjadałam wszystkich rozumów, nadal jest mnóstwo rzeczy o których nie mam nawet pojęcia, na temat których - możliwe - mam błędną opinię i o których zwyczajnie nie wiem. Człowiek uczy się przez całe życie.


Moja fascynacja psami sięgnęła już szczytu, ale główny i zasadniczy problem tkwił w tym, że rodzice psa zwyczajnie nie chcieli. Okropne było uczucie, że wiem już wystarczająco, że bez ustanku czytam wszystkie behawiorystyczne psie szczególiki, skoro nie mogę wykorzystać wiedzy w praktyce, skoro mi nigdy nie przyjdzie psa wychować. Czasem rodzice akceptowali, gdy lekko zagadałam, ale po rozwinięciu tematu, szybko ucinali i kończyli rozmowę - nie chcieli nawet słuchać.


Po wielu latach - stało się. Dość nagle. I nie - nie jest to piękna historia o odmianie nastawienia rodziców, przeciwnie - moja mama wciąż nie wyobrażała sobie psa we własnym domu - po prostu nie chciała go z całego serca. Wkrótce jednak przełamał się tata, którego marzeniem z dzieciństwa również był własny czworonóg - jak przyznał, był pod wpływem Przygód Psa Cywila czy Czterech Pancernych i Psa.W związku z tym nasza dotąd w spokoju żyjąca rodzina podzieliła się na dwa sojusze - sojusz Psich Przyjaciół i Przeciwników Psów.
Wkrótce jednak i mama wyraziła zgodę, ale wciąż nie była przekonana.

Przez tą sytuację wszystkie sprawy związane z czworonogiem załatwiałam z tatą. My szukaliśmy psa, od tamtego czasu wspólnie biegaliśmy po zoologach, a w fazie końcowej zamieszania, to my we dwójkę spędziliśmy cały dzień w aucie, przebywając łącznie około 540 km, jadąc po psa, ze Sląska prawie pod Poznań.

 ~ uwieczniony fascynujący moment, gdy do celu pozostało jedynie 10 km


Można powiedzieć, że to nieodpowiedzialne. Takie stwierdzenie narzuca się samo. Przecież tak ''oczytana'' osoba jak ja, powinna od dawna wiedzieć, że pies jest wyborem, który powinien być podjęty za zgodą i wyrażeniem chęci opieki nad nim każdego z domowników. Decyzja, ma być podejmowana wspólnie i po całkowitym przemyśleniu. Cóż, u nas tak nie było. Psa najbardziej chciałam ja.

Początkowo zajmowałam się nim wspólnie z tatą, choć i tak większość obowiązków spadało i dotąd spoczywa na mnie. Jako trzynastolatka nie zarabiałam samodzielnie (i wciąż nie zarabiam!) a przyszło mi wyłożyć z własnej kieszeni spore pieniądze - pomijając te najbardziej podstawowe wydatki na gadżety czy akcesoria, zapłaciłam za nietani worek karmy, nietanie legowisko, nietanią sterylizację i nietanie zabiegi weterynaryjne. Z dziewczyny przy forsie, zamieniło mnie to w totalnego bankruta.

~ z pierwszej podróży do domu


Pierwszy spacer, jak i parę następnych nie były - jak dziś - przyjemną przechadzką, a udręką. Dopiero wtedy wszyscy zdaliśmy sobie sprawę jak wiele psów zamieszkuje naszą najbliższą okolicę. Sunia do każdego z nich ciągnęła jak parowóz i nieraz nie potrafiłam jej utrzymać. Aktualnie Saba ma zupełnie neutralny stosunek do każdego psa, tamto zachowanie całkowicie minęło.


Saba - no właśnie. W rodowodzie Naomi - to imię nie przypadło mi do gustu od razu i postanowiłam je zmienić. Tylko jak tu nazwać biszkoptowego Labradora? W dodatku - suczkę?
Przez pierwsze kilka dni był to... labek. Po prostu labek. Długo nie umiałam się też przestawić, że do takich rozmiarów psa, muszę zwracać się w formie żeńskiej.


Intensywnie myślałam nad imieniem, przepytałam bliskich, przewertowałam internet - nic ciekawego. W końcu wymyśliłam sama i nazwałam psa Nala. Nala nie utrzymało się na długi czas, bo mimo, że takie imię nadałam, nie byłam to niego przekonana w stu procentach. Po krótkim namyśle i skonsultowaniu całej sprawy z mamą, zmieniłam na Saba. Saba - przecież to brzmi dostojnie, w dodatku bazowałam to na jednym z moich ulubionych psów ze świata fikcji literackiej - Sabie z W Pustyni I W Puszczy.  



Początki w nowym domu nie były łatwe, ale pamiętam jak dziś, gdy spałam z Sunią na legowisku. Przez pierwsze kilka dni jej pobytu u nas zrobiłam sobie wolne od szkoły i byłam ciągle w domu, przez co to do mnie Suń zdążył się najbardziej przywiązać. Pamiętam pierwsze sztuczki, pierwszy siad który Saba opanowała całkowicie w ciągu 20 minut, następnego dnia umiała już leżeć, a kilka następnych dni później uczyła się już udawać martwą. Pierwszy wypad nad wodę, pierwsze tak zasierścione ubrania, pierwsze tak mokre od śliny ręce, pierwszą tak brudną podłogę, Pierwszy tak szczery psi uśmiech, pierwszą zjedzoną parę butów, radość ze zwykłego pobytu na dworze, satysfakcja ze zwykłej reakcji na słowa. Dziś wiem, że wbrew powszechnej opinii - droga przez życie z psem jest nierówna i wyboista, ale on sam wciąż pozostaje tym nieodgadnionym przedmiotem niewyczerpalnej miłości.


Ciężko uwierzyć, że to już rok. Z jednej strony minął przeraźliwie szybko, a z drugiej - nie umiem sobie przypomnieć, jak to było schodzić rano na dół ze świadomością, że nikt na mnie nie czeka.